Google+ Followers

środa, 15 kwietnia 2015

Consuetudo est altera natura.

Autorstwo tej sentencji, niesłusznie przypisywane Cyceronowi, który ją tylko spopularyzował, należy do Arystotelesa, wybitnego filozofa greckiego, żyjącego w IV w.p.n.e. Tak więc już blisko 2 i pół tysiąca lat temu zauważono, że przyzwyczajenie staje się naszą drugą naturą a my nadal nie chcemy się do tego przyznać.

Iluż z nas tkwi bowiem w toksycznych relacjach różnego rodzaju, z których nie wyplątuje się jedynie z powodu przyzwyczajenia właśnie. Ilu z nas ma pracę, której szczerze nienawidzi, jednak męczy się wbrew zdrowemu rozsądkowi, ponieważ do niej przywykło? Jakże wielu z nas chciałoby się przeprowadzić do innego kraju, miasta czy choćby dzielnicy, ale trzyma się kurczowo swojego miejsca wyłącznie ze względu na źle pojęte przywiązanie? Iluż ludzi nie realizuje swoich pragnień tylko dlatego, że powstrzymuje ich strach przed zmianą?

Słysząc w mediach o kolejnej żonie, która przez wiele lat pozwalała się maltretować swojemu mężowi w imię nierozerwalności sakramentalnych więzów, zazwyczaj współczujemy, ale tak trochę pobłażliwie, myśląc równocześnie, że my na coś takiego nigdy byśmy sobie nie pozwolili. Ale czy na pewno?

Bo czy różnica między poniewieraną małżonką a poniżanym przez szefa pracownikiem jest aż tak wielka? Czy tkwienie w związku opartym na kłamstwie i braku zaufania aż tak bardzo odbiega od relacji zbudowanej na strachu i przemocy? Skoro nie potrafimy wyplątać się z szeregu różnych sytuacji, które nas unieszczęśliwiają, skąd mamy pewność, że dalibyśmy radę powiedzieć stanowcze "nie" oprawcy? Przyzwyczajamy się do wszystkiego, co nas otacza, niezależnie od tego czy jest to dobre, czy złe.

Ja na przykład przywykłam do niani, która opiekowała się moją starszą córką. Robiła to dobrze i miałam nadzieję, że "wychowa" również moje młodsze dziecko. Dlatego nie zrywałam z nią kontaktu nawet wtedy, gdy nie była potrzebna, wymyślając jej trochę na siłę pewne obowiązki. Od kilku miesięcy zaczęłam się powoli aktywizować zawodowo i niania znów częściej pojawiała się w naszym domu. Z początku wydawało się, że wszystko układa się świetnie, jednak szybko dał się zauważyć znaczny "spadek jakości" jej usług. Nie chcę wdawać się w szczegóły, powiem tylko, że z osoby energicznej i kreatywnej przeistoczyła się w kobietę pozbawioną pomysłów i wiecznie niezadowoloną. Kilka dni temu zgłosiła mi, że nie ma już siły na taką pracę, że "wypaliła się zawodowo" (którym to sformułowaniem nieco mnie rozbawiła), stawiając w ten sposób przed koniecznością szukania nowej osoby na jej miejsce. Dlaczego, mimo że już od dawna na nią narzekałam, przyjęłam jej oświadczenie z takim żalem i obawą? Ano właśnie... consuetudo est altera natura. Wolałam pozostać w układzie wysoce niezadowalającym tylko dlatego, że go znałam, niż otworzyć się na nowe możliwości.

Mam nadzieję, że za niedługi czas napiszę wam, że znalazłam fantastyczną opiekunkę, ucieleśnienie marzeń każdej mamy :-). Lęk przed zmianą bywa paraliżujący, ale warto go pokonywać. Przyzwyczajenie staje się bowiem naszą drugą naturą tylko wtedy, gdy mu na to pozwolimy.

piątek, 10 kwietnia 2015

Bachata, czyli światem rządzi przypadek.

W życiu nie posądzałabym siebie o to, że spodoba mi się zmysłowy ruch w rytm tęsknie zawodzących hiszpańskich pieśni.
Przez swoje ponad 38-letnie życie nie odkryłam w sobie nawet cienia zamiłowania do tańca, już jako nastolatka zawsze wolałam wytarzać się w pogo na rockowym koncercie czy pośpiewać przy ognisku do gitary niż bujać się na dyskotekach i różnorakich potańcówkach. Z czasem mój gust w tej kwestii uległ pewnej modyfikacji (na koncertach raczej skaczę niż poguję, śpiewać nadal uwielbiam, tylko ognisk w mojej grupie wiekowej jakby mniej...), jednak od tańca wciąż trzymałam się z daleka. Od wielu lat chodzę na rozmaite odmiany fitnessu (aerobik, tbc, step, smukłe uda, pośladki i inne części ciała), jednak gdy koleżanki próbowały wyciągnąć mnie na zajęcia zumby, salsy itp., tylko pukałam się w czoło. Zawsze uważałam, że z moim temperamentem i podejściem do kobiecości znacznie lepszym wyborem byłby boks lub jakieś sztuki walki.
Tymczasem...
w klubie fitness, do którego uczęszczam od paru lat zlikwidowano aerobik, na który chodziłam w tym samym czasie, w którym w innej sali ćwiczy moja starsza córka. Był to jedyny termin, w którym zajęcia dla dorosłych i dzieci odbywały się o tej samej porze. Mieszkam w niewielkim miasteczku i kosmicznego wyboru rozrywek tu nie ma. Ubolewałam więc niezmiernie, że zamiast spalać zbędną tkankę tłuszczową, odwożę jedynie dziecko na jogę i pozostaje mi czekać na nie bezproduktywnie, ewentualnie w ramach relaksu wyskoczyć na zakupy do biedry.
Aż tu wczoraj... okazało się, że na miejsce poprzednich, zlikwidowanych zajęć, wystartowała bachata!- czyli romantyczny, uczuciowy taniec, rodem z Dominikany.
Jak się już umie go trochę tańczyć, to wygląda mniej więcej tak:

https://www.youtube.com/watch?v=fop9cUVH8RQ

No cóż mogę powiedzieć? Postanowiłam spróbować i muszę przyznać, że wczorajszy trening całkowicie mnie oczarował. Polecam- to zdecydowanie za mało.
Natychmiast sprawdźcie czy w waszych najbliższych fitness klubach są prowadzone zajęcia bachata solo i biegnijcie na nie ile sił w nogach! Poczucie szczęścia w trakcie jak i długo po tańcu- gwarantowane.