niedziela, 1 marca 2020

Strefa wolna od szczerbatych

Mało jest rzeczy, które przeszkadzają mi bardziej niż brak higieny jamy ustnej. Bałagan w otworze gębowym jest zazwyczaj wyłączną "zasługą" właściciela tegoż, wynikiem jego lenistwa, zaniedbania czy lęku przed bólem, wygrywającego z potrzebą bycia estetycznym oraz zdrowym, gdyż wiadomo wszak powszechnie, że próchnica jest źródłem wielu innych, znacznie poważniejszych chorób.

Skoro więc powstają strefy wolne od LGBT, to dlaczego nie stworzyć miejsc zakazanych dla szczerbatych? Przecież na stan swojego uzębienia mamy daleko większy wpływ niż na posiadaną orientację seksualną.

W następnej kolejności wykluczyłabym zezowatych- bardzo ciężko akceptować kogoś, z kim nie da się nawiązać kontaktu wzrokowego.

Po nich, moim skromnym zdaniem, powinna przyjść kolej na grubych. Tych z BMI powyżej 35 odizolowałabym całkowicie, bo zajmują dużo więcej miejsca niż szczupli, to chyba wystarczający argument.

Następnie skreśliłabym rudych, piegowatych, garbatych, jąkających się i kulawych. Nie trzeba ich od razu eksterminować, ale po co mają wchodzić w niepotrzebne interakcje z pełnowartościowymi obywatelami?

O rany, ależ jestem roztargniona!- zapomniałam o czarnych. Dla tych nie ustanawiałabym żadnych specjalnych stref, wystarczy odesłać ich do Afryki i po kłopocie.

... a tak już zupełnie serio, to są osoby, które wysłałabym chętnie w bliżej nieokreślonym kierunku, byle daleko ode mnie, a kryterium wyboru nie byłaby ani orientacja seksualna, ani wygląd, ani żaden z wielu innych aspektów, które w mojej ocenie, w najmniejszym nawet stopniu nie stanowią o byciu wartościowym człowiekiem.

środa, 18 września 2019

Za co kocham Włochów?/Why do I love Italians?

O tym, że Włochy to wymarzony kraj na wakacje- nikogo chyba przekonywać nie trzeba.
Określenie "słoneczna Italia" zawiera w sobie obietnicę wspaniałej aury, piękne i niesamowicie zróżnicowane krajobrazy: góry, jeziora, morze, winnice, wulkany, w niezliczonych konfiguracjach, zadowolą najbardziej nawet wybrednych miłośników przyrody. Jeśli dodamy do tego historię, o którą "potykamy się" właściwie na każdym kroku a wszystko to doprawimy fantastyczną kuchnią, obficie skropioną doskonałym winem- okaże się, że istnieje raj na ziemi!
Perspektywa "la dolce vita", choćby przez kilkanaście wakacyjnych dni, skusiła w tym roku i mnie.
Była to już któraś kolejna moja wyprawa na włoską ziemię, tym razem nieco inna od pozostałych.
Pragnąc bowiem udowodnić sobie (nota bene skutecznie!), że jogging to zdecydowanie rzecz nie dla mnie, codziennie rano przez około godzinę biegałam- trochę po plaży, trochę wzdłuż kanału, ale przede wszystkim- różnymi małymi, wąskimi uliczkami, mniej lub bardziej zamieszkałymi.
Poznałam dzięki temu wielu Włochów i fakt, że w ich języku znam mniej więcej 8 słów, nie stanowił dla nas żadnej bariery komunikacyjnej. Wszyscy, z wyjątkiem mnie :-), cieszyli się, że biegam, witali mnie, pozdrawiali, pytali skąd jestem, życzyli powodzenia etc. Niby nic wielkiego, ale czy wyobrażacie sobie podobne zachowania w Polsce?
Zachwycili mnie nie tylko ludzie, ale także ich domy a zwłaszcza to, co wokół nich- ogrody, płoty, bramy. Sami zresztą spójrzcie:




Koteczki strzegą domu a równocześnie jakby zapraszają do wejścia :-)



Te bajkowe stworki też pilnowały furtki


 


ten oryginalny ogródeczek ozdabiał jedną z  bram do domu położonego w głębi podwórka













                                                                                                                                                                                                                            

Jeśli listonosz nie zastanie nikogo w domu- nie ma problemu z odpowiednim rozdzieleniem korespondencji
I na koniec huśtawkowe hity: pierwsza, dowód na niewątpliwy talent i finezję, stanowiła element architektury ogrodowej, druga wykonana przez nie wiadomo kogo dla nieznanego wędrowca, stała sobie pośrodku niczego :-)

Ja wszystko rozumiem- że położenie, że sytuacja ekonomiczna, że w słońcu łatwiej się uśmiechać i otworzyć na świat, że tam nie było zaborów, powstań i komuny, ale czy naprawdę nie dałoby się choć trochę tego włoskiego polotu przenieść na nasz siermiężny słowiański grunt???

niedziela, 7 kwietnia 2019

Obiboki do roboty!

-to tylko jeden z wielu komentarzy jakie usłyszałam na temat rozpoczętego dzisiaj strajku nauczycieli. Lubię rozmawiać, dlatego od pewnego czasu przeprowadzałam swego rodzaju sondę wśród ludzi, których spotykałam na co dzień: pytałam nie tylko swoich klientów i uczniów, ale też przypadkowe osoby w kolejce w sklepie, w przychodni, kosmetyczkę, fryzjerkę, personel na basenie. Opinie były podzielone, podobnie jak polskie społeczeństwo. Co mnie jednak uderzyło- niemalże nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, na czym polega praca nauczyciela. Nawet ci, którzy wyrażali poparcie dla protestu, rozumieli tylko tyle, że "powinno się zarabiać więcej". Owszem, pensje nauczycielskie są uwłaczające, ale według mnie same podwyżki nie zmienią nic, poza samopoczuciem nimi obdarowanych.
Osobiście uważam, że cały system oświaty jest chory i wymaga naprawdę głębokiej i przemyślanej reformy.
Miałam tę (nie)przyjemność uczenia w kilku szkołach, podstawowych i gimnazjach, przez trzy lata. Nie wróciłabym do tego zawodu za żadne pieniądze, nawet gdyby nauczyciele wywalczyli postulowane 30 a rząd z dobrego serca dorzucił im jeszcze kolejne 30%.
W żadnej bowiem pracy nie czułam się taka bezradna, całkowicie uzależniona od kaprysów dyrekcji i woli "starszyzny", będącej praktycznie nie do ruszenia, zamkniętej na wszelkie nowe pomysły i idee.
Popieram strajk nauczycieli, nie mam najmniejszych wątpliwości, że powinni oni zarabiać więcej. Uważam jednak, że podwyżki "z rozdzielnika" nie rozwiążą problemu. Dopóki nie zacznie się promować tych, którym naprawdę się chce, którzy robią coś wyjątkowego, którzy wybrali zawód pedagoga z własnej nieprzymuszonej woli a nie dlatego, że nie mieli lepszej alternatywy, chcieli mieć długie ferie i wakacje lub uznali, że "to dobra praca dla kobiety" (zaskakująco często słyszy się tę opinię), to lepiej nie będzie.

niedziela, 17 lutego 2019

Polak olinkluziw

Po każdym powrocie z zagranicy utwierdzam się w przekonaniu, że pod pojęciem Polak- kryje się znacznie więcej niż narodowość.
To zdecydowanie nie tylko określenie przynależności etnicznej.
Polak- to stan umysłu.
A Polak poza granicami terytorialnymi własnego państwa, i do tego jeszcze na wyjeździe olinkluziw, to dopiero twór wyjątkowy, doskonale rozpoznawalny, i to bynajmniej nie za sprawą swojego "szeleszczącego" języka, w każdym razie nie wyłącznie.
Najważniejszy znak szczególny- to wiecznie nadąsana mina. No bo jak tu być szczęśliwym, skoro:

- pokój dostaliśmy na samym końcu korytarza, no specjalnie przecież, to oczywiste, Szwabom dali z widokiem na ocean, tym wytatuowanym tłuściochom z Anglii przy basenie, rano najlepsze leżaki zajmą!, Ruskie oczywiście mają najbliżej do baru, no wiadomo, ci to zawsze się potrafią ustawić, tylko o nas, biednych nikt nie dba,
- pogoda no niby nawet niezła, ale jak sprawdzaliśmy w Polsce długoterminową, to zapowiadali 25 stopni a tu jest tylko 23. I niebo miało być bezchmurne a wczoraj rano się trochę zachmurzyło, co prawda o ósmej, zanim wstaliśmy z łóżka, potem już cały dzień była "lampa", no ale jednak,
- co to za olinkluziw, skoro bar otwierają dopiero o jedenastej a jak Stasiek chciał taką jedną whisky spróbować, to mu powiedzieli, że dodatkowo płatna. Pewnie nas w biurze oszukali i sprzedali jakąś niepełną wersję tych wczasów, trzeba będzie skargę napisać po powrocie,
- na basenie miejsca trzeba rezerwować skoro świt, bo potem już tylko w cieniu zostają, my co prawda nie przepadamy za słońcem, ale co z tego, chodzi o zasady,
- rezydent mówił, że wypada dać pokojówce jakiś napiwek, no nie wiemy zupełnie za co, my tam żadnej rewelacji w tej jej pracy nie widzimy, sami byśmy lepiej posprzątali,
- ci animatorzy bez przerwy chodzą i nagabują, człowiek nawet spokojnie poleżeć nie może, ciągle coś chcą- a to rzutki, a to bingo, a to jakieś aerobiki, a w konkursach codziennie ci sami biorą udział, wiadomo, że to wszystko ustawione. Angole wygrywają oczywiście, bo najlepiej rozumieją, o co chodzi. Jakby po polsku zrobili te całe animacje, to już by nie byli tacy mądrzy!,
- a w ogóle- to ten cały wyjazd, to żadna rewelacja. Daliśmy się namówić na dodatkową wycieczkę, drogą jak cholera, cały dzień jeździliśmy i w kółko tylko klify, jaskinie, plantacje aloesu... wyrzucone pieniądze, i tyle. I jeszcze obiad nam przepadł, ledwo na kolację zdążyliśmy.
To już lepiej siedzieć w hotelu, przynajmniej w każdej chwili można się najeść i napić. Jedyna szansa, że jakoś się zwróci to, co się wydało.
Niektórym nawet zwróci się w więcej niż jednym znaczeniu tego słowa...

Tak się jakoś składa, że na wyjazdach zagranicznych, zwłaszcza tych all inclusive, rzadko nawiązuję bliższe relacje z Polakami. Poznaję za to Hiszpanów, Włochów, Anglików, Holendrów czy Niemców. I zawsze myślę sobie jakie to szczęście, że oni nie rozumieją naszego języka.


niedziela, 23 grudnia 2018

O świętach, krótko.

Boże Narodzenie zbliża się nieubłaganie, co cieszy niektórych ludzi a smuci większość karpi.
Ja, mimo że nie jestem rybą, choćby zodiakalną, zaliczam się raczej do grupy tych niezbyt szczęśliwych z powodu świąt... właściwie jedyne, co mnie w związku z nimi raduje, to perspektywa kilku wolnych dni, o które przy pracy w 3 miejscach niełatwo.
Dlaczego nie cieszy mnie możliwość rodzinnych spotkań przy stole?
Ano, może dlatego, że wolę przebywać wśród ludzi, którzy mnie słuchają, takich, którzy coś o mnie wiedzą, zainteresowanych moim życiem.
A tak się niefortunnie składa, że nie spotkam ich przy tegorocznym bożonarodzeniowych daniach.
Bo święta nie są od tego, żeby się najeść a wyjątkowej atmosfery nie uzyska się dzięki pięknej choince i świeczkom o zapachu piernika.
A prezenty znacznie lepiej jeśli są nie drogie a trafione...

wtorek, 3 kwietnia 2018

Umrzeć ze szczęścia

Kto nic nie ma, nie musi się bać, że coś straci... pewna byłam, że istnieje takie przysłowie, tymczasem w czeluściach internetu udało mi się tylko znaleźć :"Kto nie ma nic, nie ma nic do stracenia"... jakieś to średnio zręczne. Wszak już w szkole podstawowej uczono mnie, aby unikać powtórzeń w zdaniach bezpośrednio ze sobą sąsiadujących a co dopiero w tym samym!
Brakuje w nim poza tym elementu, według mnie, najważniejszego, mianowicie strachu, bez wspomnienia o którym przysłowie to całkowicie traci swój sens.
Na co dzień jestem osobą raczej niezbyt zalęknioną, chyba nawet nazwałabym siebie odważną. Już w szkole a później w pracy a także w różnych innych sytuacjach społecznych- najczęściej to właśnie mnie wybierano do załatwiania wszelkich niewygodnych spraw z przełożonymi i nie tylko, jako tę śmiałą i "wygadaną".
A jednak zdarza się, że naprawdę się boję. Im jestem szczęśliwsza, tym bardziej. Kiedy patrzę na ten niemal idealnie poukładany wokół mnie świat, pojawia się lęk, że ta harmonia nie może przecież trwać wiecznie. Prędzej czy później coś się będzie musiało spieprzyć, na pewno...
Dzisiaj spędziłam ze starszą córką cudowny dzień w Aquaparku. Szalałyśmy na pontonach, zjeżdżalniach, skakałyśmy przez fale i ganiałyśmy się w wirze wodnym... i nagle ogarnęła mnie taka panika, że byłabym się utopiła w którejś z tych licznych atrakcji.
Wszak większość Żydów też była szczęśliwa, zanim wsadzono ich do bydlęcych wagonów z biletem w jedną stronę. Wielu Tutsi zginęło z wyrazem bezmiernego zdumienia na twarzach, nie spodziewając się ciosu maczetą zadanego przez sąsiada Hutu. Nowojorczycy, przebywający 11 września 2001 roku między 8.46 a 9.03. w wieżach WTC prawdopodobnie byli zadowolonymi z życia ludźmi, niegotowymi na to, aby się z nim żegnać...
I jak tu się uchronić przed podobnymi zakrętami losu?
Może zawierzyć swoje istnienie świętemu Antoniemu? Albo jakiemu Swarogowi?
Nie wiem, nie znam prawidłowej odpowiedzi.
Nie mam żadnej gotowej recepty, ani nawet dobrej rady.
Mimo wszystko jednak lepiej jest bać się utraty tego, co kochamy, niż mieć spokój.
Tego jednego jestem pewna.

piątek, 8 września 2017

Magia fejsbuka

W galopującym świecie nowoczesnych technologii- coraz mniej mamy czasu na spotkania "w realu". Dobrze, jeśli z najbliższymi uda nam się zamienić coś więcej ponad zdawkowe: "Jak było w szkole/pracy/na treningu?; kup, zadzwoń, odrób lekcje, sprzątnij, nie zapomnij...".

Nieraz, zasypiając wieczorem ze zmęczenia przed telewizorem, w nagłym przebłysku geniuszu dochodzimy do wniosku, że znacznie milej niż na kanapie, byłoby wypić drinka w towarzystwie dawno nie widzianej koleżanki czy kolegi a może nawet kogoś z dalszej rodziny?

Zwykle inicjatywa kończy się na pomyślunku, ale bywa, że wystarczy nam determinacji, aby z wybraną osobą się skontaktować za pomocą któregoś z komunikatorów lub nawet zwykłego telefonu!
No i tu zwykle zaczynają się schody... po trwającej trzy godziny próbie zsynchronizowania grafików okazuje się, że najbliższe spotkanie może nastąpić w przyszłoroczne święta. Dalej możliwe są dwa scenariusze: przystajemy na odległy termin, zapominając o ustaleniach zanim do niego dojdzie lub, co częstsze, machamy ręką na spotkania "na żywo" i uznajemy, że te "w wirtualu" są zdecydowanie lepsze...
czy jednak rzeczywiście?

Do podjęcia tematu "magii fejsbuka" skłoniły mnie przemyślenia związane z informacją sprzed kilku dni. Dowiedziałam się, że moja koleżanka, z którą "widujemy się" w internecie, zmaga się z nowotworem, o czym oczywiście portalowi znajomi nie mieli pojęcia.

To z kolei przypomniało mi o dwóch innych sytuacjach, obie dotyczyły urodzin:
- w jednym przypadku mojej kumpeli nikt nie złożył życzeń osobiście, dostała ich natomiast dziesiątki drogą internetową od tych samych ludzi, których wcześniej spotkała "face to face"w różnych miejscach w ciągu dnia,
- w drugim- za pośrednictwem fejsbuka najlepsze życzenia urodzinowe otrzymał znajomy, który od kilku tygodni już nie żył...
a little bit scary, isn't it?

Może więc jednak warto znaleźć chwilę na spotkanie w świecie realnym, dopóki jeszcze do niego należymy?
Jak sądzicie, moi dawno nie widziani znajomi?





wtorek, 25 lipca 2017

co robić nad morzem gdy pada deszcz...

Mowa tu o polskim morzu, rzecz jasna. Jadąc na wybrzeże włoskie, hiszpańskie, greckie czy chorwackie- nie musimy martwić się o to, "żeby tylko była pogoda", wiadomo bowiem, że ona będzie, i to nie byle jaka, ale ciepła, słoneczna, prawdziwie wakacyjna po prostu.
Urlop w Polsce- to zawsze wielka niewiadoma. To przedsięwzięcie dla prawdziwych twardzieli, nieulękłych ryzykantów, wytrawnych graczy, którym nie straszny deszcz, wiatr, ziąb, burze i gradobicia.
Co można zrobić, gdy jednak z jakichś irracjonalnych powodów (spośród których na pewno odrzucić należy motyw finansowy, ponieważ tak drogo a w dodatku zwykle jeszcze zimniej niż nad Bałtykiem jest chyba tylko w Norwegii) zdecydujemy się na wyjazd nad polskie morze i, jak to było do przewidzenia, aura nas nie rozpieszcza?
Ano, można by usiąść i płakać, tu jednak śpieszę dodać, o czym wcześniej zapomniałam, że na naszym uroczo lodowatym wybrzeżu nie jesteśmy sami, pragnąc bowiem zintegrować na co dzień rozproszoną po różnych miejscach pracy, nauki i zabawy familię- wybraliśmy się na prawdziwie rodzinne wczasy, z dziećmi i psem.
Sytuacja przedstawia się zatem następująco:
nasz wakacyjny domek tonie w strugach deszczu, pies miota się po chałupie, nie mogąc się zaaklimatyzować w nowym miejscu, dzieci z nudów idą w jego ślady, jęcząc przy tym:"chcę na plac zabaw, to co, że jest mokro?; chcę nad morze, na plażę, woda ma 16 stopni?, to dużo czy mało?; mogę założyć kostium?; a kiedy pójdziemy się kąpać?; pogramy w badmintona?; kiedy wyjdziemy?; chcę pływać i skakać przez fale!".
W takiej atmosferze- wystarczy iskra, aby spowodować tragiczny w skutkach wybuch.
Dlatego poniżej garść porad od matki frustratki, która przeżyła już niejeden wyjazd z bliskimi nad polskie morze, ostatni w lipcu tego roku. Podczas 8 dni pobytu- pogoda "plażowa" była raz!
Oczywiście- więzy rodzinne można zacieśniać grając w różnego rodzaju gry planszowe tudzież słowne oraz kości, karty etc.
Dla tych, którzy wolą jednak spędzać czas nieco bardziej aktywnie, niezłą propozycją może być wizyta w aquaparku, np. w Redzie, zachęcającym do kąpieli w tunelu z rekinami (btw- mocno przereklamowanej):


Można też jechać na Hel, poobserwować foki. Zdecydowanie polecam.  
















Z dzieckiem ciut starszym- można pozwolić sobie na pewną ekstrawagancję i podnieść poziom adrenaliny we krwi podczas szalonej wycieczki łodzią motorową, pędzącą z prędkością do 100km na godzinę.
nie zaszkodzi też zwiedzić latarnię morską...
...albo poskakać na trampolinie






















Oczywiście- dla najwytrwalszych wilków morskich- zawsze pozostają spacery po plaży, wystarczy tylko szczelnie zawinąć się w kaptury:


Bez względu jednak na (nie)pogodę- radość z bycia razem- BEZCENNA :-).

sobota, 8 lipca 2017

pozytywne wzmocnienia

Życie mknie, pędzi, gna, ucieka, nie dając zwykle szans na głębszą nad sobą refleksję... zresztą, może są wśród Was osoby mające czas na kontemplację, jeśli tak- to bardzo zazdroszczę, ja niestety do nich nie należę. Zawsze miałam harmonogram wypełniony po brzegi, odkąd jednak mam dzieci- odnoszę wrażenie, że moje życie przestało się mieścić w jakichkolwiek ramach, dawno już przelało się przez wały przeciwpowodziowe, ustalone przez jakiś grafik czy nawet zdrowy rozsądek.
W tej szaleńczej pogoni za tym, aby utrzymać się przy zdrowych zmysłach, będąc jednocześnie dobrą matką, pamiętającą o wszystkich klasówkach, egzaminach i szkolnych wycieczkach oraz uczęszczającą na wszelkie przedszkolne występy i pikniki, wzorowo wypełniającym swoje obowiązki pracownikiem, wartościowym członkiem rodziny bliższej i dalszej tudzież rozmaitych społeczności, w które wplątał mnie los, muszę mieć chwile niczym niezmąconego szczęścia. No muszę, bo inaczej zwariowałabym niechybnie.
To są takie moje POZYTYWNE WZMOCNIENIA.
Czasem duże i wiekopomne, innym razem mało istotne a bywa, że zupełnie z pozoru nieważne.
Zdarza się, że przypadkowe spotkanie kogoś, kogo dawno nie widziałam, nastraja mnie pozytywnie na cały dzień. Nawet jeśli nie wynika z niego zupełnie nic poza prawdziwie szczerą radością z czyjegoś widoku.
Pochwała zadowolonego klienta czy dobry wynik testu ucznia- za każdym razem utwierdzają mnie w przekonaniu, że moje prace mają sens.
Nieraz wystarczy wysłuchanie ulubionej piosenki w samochodzie, szybka wizyta na basenie, poranna kawa lub wieczorna lampka wina.
Mnóstwo pozytywnej energii czerpię z czułych gestów bliskich mi osób a także psa, który dosłownie rzuca się na mnie gdy wracam wieczorem do domu.
Zdarza się jednak, że te małe pozytywne wzmocnienia okazują się za słabe, łatwo je poza tym przeoczyć w tej codziennej gonitwie.
Wtedy potrzebne są silniejsze bodźce, takie jak na przykład wakacje, z których właśnie godzinę temu wróciłam :-).
Nie zawsze jednak da się wyjechać, dlatego warto mieć w zanadrzu nieco bardziej ekonomiczne opcje, jak choćby przebierana impreza czy doskonały koncert, no dobra- jest i zdjęcie ze szkolenia w Walencji, ale to taka trochę praca była :-).



Trzeba wyskoczyć czasem z kieratu.
Lepiej wydać pieniądze na jakąś przyjemność, nawet jeśli skorzystanie z niej wiąże się dodatkowo z zapłaceniem opiekunce do dzieci niż  na prozac lub podobne antydepresanty.



środa, 19 kwietnia 2017

O adopcji raz jeszcze


O adopcji pisałam już raz, ponad 2 lata temu, jeśli ktoś chciałby sobie przypomnieć, to nieskromnie polecam :-):
http://notatkimatkifrustratki.blogspot.com/2015/03/adopcja-to-nie-bohaterstwo.html

Jednak jako że temat jest mi bardzo bliski a ostatnio jakoś odbyłam wyjątkowo dużo rozmów z nim związanych, ponownie go podniosę, postaram się krótko i zwięźle.

Za każdym razem niezmiernie mnie cieszy zainteresowanie jakie u różnych bliższych i dalszych mi osób budzi  kwestia adopcji. Będąc zdania, że jest ona wciąż zbyt mało nagłaśniana publicznie, zawsze i wszędzie chętnie wystąpię w roli propagatorki idei, udzielę rad i wskazówek, odpowiem na wszelkie pytania. Doskonale pamiętam jak znajdując się na początku swej drogi adopcyjnej, rozpaczliwie szukałam kontaktu z osobami, mającymi jakiekolwiek doświadczenia w tym względzie. Bardzo pomogła mi wtedy zupełnie obca osoba, koleżanka mojej dalekiej znajomej. Do dziś niezmiernie jestem jej za to wdzięczna.
Dlatego w pewnym sensie uważam, że mam swego rodzaju dług do spłacenia. Dlatego nikogo, kto zwróci się do mnie, nie spławiam. Staram się odpowiedzieć wyczerpująco, nawet jeśli pytania wydają mi się cokolwiek infantylne.

I tu pojawia się miejsce na wielkie ALE.
ALE do szału doprowadzają mnie ludzie, którzy mówią, że "tak bardzo chcieliby adoptować dziecko, tak strasznie zawsze o tym marzyli, dlatego tak niesamowicie mi zazdroszczą, ponieważ oni nie mogą tego zrobić, bo:
- nie mają odwagi,
- nie próbują, bo pewnie i tak zostaliby odrzuceni na etapie kwalifikacji, gdyż... i tu wymieniają tysiąc powodów,
- są zbyt zajęci pracą,
- sami nie wiedzą, co jeszcze"

Ludzie kochani!
Jeśli chcecie coś zrobić, to to zróbcie. Jeśli czegoś pragniecie- to dążcie do tego. Jeśli czujecie, że powinniście- kopcie, gryźcie, drapcie, właźcie przez okno gdy wywalą was drzwiami. Droga do szczęścia rzadko bywa prosta i oczywista, czy warto jednak wybrać brak szczęścia tylko dlatego, że tak jest wygodniej???
Emocje należy przeżywać a nie o nich mówić. O marzenia trzeba walczyć a nie zazdrościć innym, że spełnili swoje.
Zamiast więc jęczeć, marudzić i narzekać- do roboty!!! Świat czeka!!!




czwartek, 23 lutego 2017

Życie po czterdziestce...

... zasadniczo niczym nie różni się od tego przed.
Nie zmieniłam drastycznie swojego sposobu życia w żadnym jego aspekcie. Nadal podobnie się czeszę, ubieram, jem, wciąż za dużo pracuję, na czym cierpią moje kontakty towarzyskie i co dobrze widać po częstotliwości wpisów na tym blogu.
Lubię ten sam rodzaj muzyki, filmów, poczucia humoru.
Jestem jak zawsze pogodna i optymistycznie nastawiona do świata, znajoma powiedziała mi nawet niedawno, że ostatnio jakoś szczególnie wyglądam jak "kobieta spełniona", długo się nad tym później zastanawiałam i doszłam do wniosku, że raczej wyglądam jak ktoś, kto powinien schudnąć, ale być może inni dostrzegają we mnie coś, czego sama nie widzę.
Mam szczęśliwą rodzinę, przyjemny dom, dwie niezłe prace, pojutrze kończę kolejne studia podyplomowe, uczę się hiszpańskiego marząc, że kiedyś zamieszkam na Kanarach, no wszystko niby świetnie, coraz częściej jednak zastanawiam się czy aby na pewno znajduję się we właściwym miejscu...
Czy nie powinnam przypadkiem być właścicielką jakiegoś przytulnego hoteliku na Jamajce albo innym Barbadosie i zamiast swoimi codziennymi ruchami tworzyć figurę o wierzchołkach dom- praca 1- szkoła- przedszkole- praca 2- studia- szkoła językowa, przemieszczać się raczej wzdłuż linii prostej, wyznaczonej przez brzeg oceanu, od czasu do czasu oddalając się od niej w stronę plażowego baru w celu otrzymania drinka z parasolką?
A może jedynym właściwym sposobem na życie jest robienie czegoś wartościowego dla innych? Dlaczego zatem nie jestem lekarzem, walczącym o zdrowie dzieci chorych na białaczkę, ekologiem ratującym zagrożone wyginięciem misie panda czy chociaż piosenkarką, charytatywnie występującą w domach opieki społecznej?
Mój poważny wiek coraz częściej skłania mnie do refleksji nad tym, kim nie jestem i raczej się już nie stanę, bynajmniej nie w obecnym wcieleniu.
Może i wyglądam na kobietę spełnioną, ale czy naprawdę nią jestem?

wtorek, 1 listopada 2016

Na wagary do kina

Jakiś czas temu, mniej więcej w połowie października, miałam dzień wolny. Rozpoczęłam go rozwiezieniem dzieci do placówek, po czym udałam się na basen.O godzinie 9.00 byłam już wypływana, wysauniona, pachnąca jagodowym żelem i balsamem do ciała, słowem: gotowa do akcji! Stanąwszy przed dylematem: cóż zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem?- zwalczyłam pokusę powrotu do domu w celu ogarnięcia wszelkich zaległości sprzątaniowo- praniowo- prasujących i zdecydowałam, że dzień ten spędzę miło i przyjemnie, robiąc sobie coś na kształt wagarów, jak za starych dobrych licealnych czasów. W tym celu postanowiłam ruszyć na zakupy (czyli po polsku: shopping) do TK Maxx-a. Wszystko szło wyśmienicie do momentu gdy stanęłam przed zamkniętymi drzwiami tegoż, wtedy to zrozumiałam, że INTERNET KŁAMIE, bowiem godziny otwarcia sklepu w realu miały się nijak do tych podanych w wirtualu. Nie pozostawało mi nic innego jak błyskawiczna zmiana planów. Na szczęście, nieopodal znajdowało się kino, jak najbardziej już czynne, skierowałam więc swe kroki w jego stronę.
Wybór seansów tuż po godzinie 9. rano nie był powalający, bez większego więc namysłu zdecydowałam się na "Ostatnią rodzinę", film o Zdzisławie Beksińskim, którego twórczość swego czasu niezwykle mnie fascynowała, jego żonie i synu.
Lubię kino mocne, emocjonalne, niejednoznaczne, nawet lekko bulwersujące. Jednak między "nieco szokującym" a "kompletnie popapranym" widzę dużą różnicę. Nie umiem ocenić "Ostatniej rodziny", nie potrafię jej zdefiniować, ponieważ obraz ten wymyka się z moich, być może przyciasnych, ram. Niezaprzeczalne jest to, że aktorzy grają mistrzowsko. Ich niekwestionowany warsztat rekompensuje niewątpliwie brak fascynującej fabuły. Będąc zagorzałą przeciwniczką kina akcji, powinnam się w tym dziele całkowicie zatracić, uwielbiam bowiem filmy koncentrujące się wyłącznie na ludzkich odczuciach, słabościach, przemyśleniach, wahaniach, rozchwianiach, bólach egzystencjalnych, wszelakich rozterkach i moralnych dylematach. Mimo to w czasie projekcji wielokrotnie miałam dość.
Myślę sobie, że ta historia mnie po prostu przerosła. Nie dałam rady utożsamić się z którąkolwiek z postaci, ba, nie zdołałam żadnej z nich w najmniejszym choćby stopniu polubić, co jest dla mnie warunkiem koniecznym, aby "przeżyć" film we właściwy sposób. Wszyscy byli tam odrażający, obleśni, nieludzcy wręcz, żadna z osób nie wzbudziła we mnie jakichkolwiek cieplejszych emocji, choćby zwykłego współczucia.
Wyszłam z kina rozbita i zdezorientowana. Na szczęście, TK Maxx był już otwarty :-)

poniedziałek, 19 września 2016

A ja jestem, proszę pana, na zakręcie...

...Moje prawo to jest pańskie lewo.
Pan widzi: krzesło, ławkę, stół,
a ja - rozdarte drzewo.

Nie, aż tak źle nie jest, ale wszystko wskazuje na to, że dopada mnie coś na kształt kryzysu wieku średniego. Już tylko przez 3 miesiące będę się cieszyć statusem "statystycznej Polki", która, jak wynika z przeprowadzonych ostatnio badań, ma lat 39 i pół.
Magiczna "czterdziestka"- moment wniosków, refleksji i podsumowań. Zawsze śmiałam się z osób, przejmujących się nadmiernie upływającym czasem, próbujących odmłodzić się na siłę. W nosie mając wszelkie konwenanse przy każdej możliwej okazji przyznawałam się do swojego wieku, o ile tylko byłam w stanie go sobie przypomnieć. Do tego bowiem stopnia się nim nie interesowałam, że często naprawdę zapominałam, ile mam lat.
Nie martwiłam się, nie liczyłam przemijających dni, bo... nigdy wcześniej nie miałam czterdziestki!

"Over the hill", jak mawiają Anglicy, co można interpretować różnie. W ujęciu optymistycznym- najbardziej trafnym wydaje się być tłumaczenie, że dzięki swej życiowej mądrości, wiedzy i doświadczeniu- teraz będę mieć już "z górki". Ta wersja odpowiada mi znacznie bardziej niż druga, skłaniająca się ku wyjaśnieniu, że szczyt już za mną i od teraz może być już tylko gorzej i... krócej.

A może te 40 lat to była tylko przygrywka? Może wszystko, co najlepsze, dopiero przede mną? Charles Flint stworzył IBM gdy miał 61 lat, Sam Walton otworzył Wal-Mart mając 44 lata, a Joseph Campbell założył firmę produkującą znane zupy, gdy miał 52 lata.

Tak więc- nie wszystko jeszcze stracone :-)... I hope so...


niedziela, 21 sierpnia 2016

Wakacje w mieście.

Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma- głosi liczące sobie prawie 100 lat przysłowie.
Miło by było spędzać lato na jakimś przepięknie położonym campingu, ale skoro się nie da, to dobry i namiot, rozstawiony w sypialni :-).
Tegoroczne wakacje wymusiły na mnie podjęcie wielu kreatywnych działań, ponieważ ze względu na zmianę pracy, urlopu miałam "aż" tydzień a w długi weekend, zamiast zgodnie z wcześniejszymi planami zwiedzać Jurę Krakowsko-Częstochowską, kaszlałyśmy i kichałyśmy z Igą i Kornelą na przemian lub wszystkie równocześnie.
Pozostała nam więc opcja "wczasów w mieście", której, będąc zapalonym podróżnikiem, rzecz jasna bardzo się obawiałam. I wiecie co?- ku memu wielkiemu zdumieniu, wcale nam się nie nudziło!
Byłam z dziewczynami w zoo, na basenie, na grzybach. Całą rodziną odbyliśmy wiele spacerów i wycieczek rowerowych a gdy padał deszcz- uczyłyśmy się z Gusią jeździć na rolkach w domu.
Wybraliśmy się na wycieczkę do dinoparku, zrobiliśmy kilka imprez grillowych i ognisko.
Fajnie było. Naprawdę.
















































  



środa, 17 sierpnia 2016

Dumna mama

Moja starsza córka uczestniczyła w półkoloniach, organizowanych dla dzieci w naszym mieście. Któregoś dnia, gdy ją odbierałam z zajęć, zatrzymała mnie właścicielka placówki, którą zresztą znam i lubię od kilku lat. Myślałam, że może mój mały urwis coś przeskrobał, tymczasem usłyszałam od niej, że "Iga to takie wyjątkowe dziecko". Tak właśnie powiedziała: wyjątkowe. Wiadomo, dla każdej matki jej latorośle są jedyne w swoim rodzaju, jak jednak miło usłyszeć takie słowa od osoby postronnej, aż się wzruszyłam. W kolejnych zdaniach uzasadniła oczywiście, na czym ta niepowtarzalność mojej córki polega, wówczas wzruszyłam się jeszcze bardziej :-).
Okropne te dzieci- zabierają nam wolność, czas i miejsce na myślenie o czymkolwiek poza nimi, męczą, dręczą i wysysają całą energię- ale jak dobrze, że są!

czwartek, 14 lipca 2016

Dziękuję dziękuję dziękuję :-)

Za wszelkie dowody sympatii i uznania ze strony osób, które czasem tu zaglądają!
Szczególnie dużo ich ostatnio napłynęło i wszystkie bez wyjątku sprawiły, że poczułam się niezmiernie szczęśliwa i zmotywowana do dalszego bloggowania.
Kochani, wy te moje opowieści dziwnej treści naprawdę czytacie, i to ze zrozumieniem, co w dzisiejszych, niełatwych dla osób myślących czasach, zdarza się nader rzadko.
Jest mi tym milej, że zaczynając pisać kilkanaście miesięcy temu chciałam tylko i wyłącznie uciec przed urlopowo-macierzyńskim odmóżdżeniem, nie sądziłam, że kogokolwiek zainteresują  przemyślenia matki- frustratki a tymczasem- mój blog doczekał się już ponad pięciu tysięcy odsłon; czytacie, komentujecie, dając mi tym samym wiarę w sens tego, co robię.
Dzięki wielkie raz jeszcze!!!

wtorek, 12 lipca 2016

ponure krowy, cipy wołowe

...tak zwraca się do swoich córek bohater filmu Kingi Dębskiej, zatytułowanego zresztą "Moje córki krowy". Miałam przyjemność oglądać to dzieło krótko po jego polskiej premierze, w styczniu lub lutym tego roku, jednak na przymierzenie się do recenzji czasu brakło, i może to dobrze, bo emocje zdążyły już trochę opaść.
Skąd te emocje? No właśnie... sama nie wiem czy faktycznie tak jest, czy to może jakaś moja obsesja, ale znalazłam w tej filmowej pokręconej rodzinie tyle podobieństw do mojej własnej, że aż mnie to poraziło!
Przede wszystkim- apodyktyczny ojciec architekt, przekonany o swojej racji zawsze i wszędzie (na wieść o tym, że jedna z córek pewnych obciążeń z dzieciństwa próbowała pozbyć się u psychologa wybucha śmiechem, ironizuje i całkowicie bagatelizuje sprawę).
Matka- całe życie pozostająca w jego cieniu, odnajdująca szczęście w gotowaniu pracochłonnych staropolskich dań.
Przez grzeczność nie napiszę, kogo przypomina mi nauczycielka, utrzymująca przez lata męża trutnia, pocieszająca się whisky z colą.
Siostry, pozornie ze sobą zżyte, jednoczą tylko wspomnienia, związane ze wspólnym dorastaniem, no i ci sami rodzice, poza tym- funkcjonują całkiem inaczej, każda w swoim świecie, nic ich właściwie nie łączy.
Nie będę roztrząsać dalszych analogii, bo to naprawdę strasznie dla mnie dołujące, no i nic pozytywnego z tego nie wynika.

Ostatnio kilka moich znajomych rozdrapało przy mnie swoje stare rany, wprawiając mnie tym w niemałe zdumienie. Okazało się, że dorosłe kobiety- fajne, ambitne, samodzielne, w głębi duszy wciąż są małymi dziewczynkami, tęskniącymi za przytulaniem, głaskaniem i pochwałami rodziców, których nie dane im było nigdy usłyszeć. Na pozór poukładane i szczęśliwe, pozostają niedowartościowanymi nastolatkami, tkwią jedną nogą w dzieciństwie, które na zawsze odebrało im pewne możliwości. Sama myślę często, że mogłabym osiągnąć w życiu znacznie więcej, gdyby rodzice mnie wspierali, zamiast podcinać skrzydła.

Cóż, czasu cofnąć się nie da, nie radzę więc nadmiernie babrać się w przeszłości, bo można przegapić to, co dzieje się tu i teraz. Warto jednak przepracować to, co nas boli, choćby po to, żeby móc wreszcie zamknąć za sobą dawno już napisany rozdział i zacząć tworzyć własne! Żeby w obliczu przykrych wspomnień nie być małą, bezradną istotą.
Zastanawiam się nieraz czy ja jestem z moimi relacjami rodzinnymi taka stuprocentowo pogodzona. Pewnie nie, skoro obejrzenie filmu powoduje pobudkę upiorów...

No i teraz sama nie wiem- polecać wam te "Moje córki krowy" czy nie?
Może się zdarzyć, że ten film was załamie, przypomni o sprawach, które wolelibyście raczej wyprzeć na zawsze z pamięci.
Ale może też obejrzenie go sprawi, że odnajdziecie szanse, których istnienia nawet się nie spodziewaliście?
A może po prostu miło spędzicie czas, oglądając go, bo to obraz nie tylko poruszający i głęboki, ale i śmieszny, na przykład scena, w której Agata Kulesza i Marian Dziędziel jarają trawę, rozbawiła mnie do łez.
Tak czy owak- zobaczyć warto :-).


poniedziałek, 11 lipca 2016

I'm back!- Wracam do gry :-)

Hello, ciao, priwiet, oto jestem!
Po 3 miesiącach wypełnionych pracą w kilku miejscach, studiami i przygotowaniami do certyfikatu z angielskiego, że o tak prozaicznych sprawach jak dbanie (choć w tym wypadku słowo to jest znacznym nadużyciem semantycznym) o męża, dzieci, dom i zamieszkujące go zwierzęta, mam wreszcie trochę czasu i sił na mój zapomniany nieco blog. Odkurzam go więc niniejszym i choć dzisiejszy wpis jest absolutnie o niczym, obiecuję pojawiać się tu częściej i ciekawie, tym bardziej że mam parę niegłupich przemyśleń, którymi chciałabym się podzielić ze światem :-).
Zatem- do miłego.
A na dobranoc- Berger, zarażający radością, ponieważ "he got life".
Życie jest strasznie fajne, nie zapominajmy o tym!!!

https://www.youtube.com/watch?v=y-WgDKwzLxo




poniedziałek, 14 marca 2016

Oszukać przeznaczenie :-)


Równo 2 tygodnie temu czułam się jak bohaterka jednej z części tego, niezbyt może "głębokiego", trzeba jednak przyznać, że od pierwszej do ostatniej minuty trzymającego w napięciu, filmu. Pamiętacie te szalone wyścigi ze śmiercią? Ofiara w ostatniej chwili zdołała uciec przed pędzącym pociągiem po to tylko, by przybywający nie wiadomo skąd odłamek szkła sprawnie odciął jej głowę... Albo inna, ledwie zdążyła odetchnąć po całej serii śmiercionośnych zdarzeń gdy spadające z blatu kuchennego noże przeniosły ją nieubłaganie na tamten świat. Bohaterowie tego horroru ginęli w najdziwniejszych okolicznościach, potwierdzając tezę, że przed przeznaczeniem uciec się nie da.

Kiedy w ostatni dzień lutego wsiadłam do samolotu z East Midlands do Łodzi dokładnie 4 minuty przed planowanym odlotem, po szalonym rajdzie przez całe lotnisko, gubiąc po drodze czapkę, szalik młodszej córki, zostawiając w strefie kontroli soczki, deserki i parę innych rzeczy, na których sprawdzenie przez ochronę nie było już czasu, poczułam ogromną ulgę. Udało się! Pomijając niewielkie straty materialne, w tym kilkanaście funtów wydanych na "express tickets", dające nam pierwszeństwo w kolejce, dotarliśmy na pokład boeinga 737 właściwie bez szwanku. Mąż co prawda wymagał krótkiej reanimacji po kilkunastominutowym biegu z bagażami i Kornelką na plecach, ja zdarłam sobie kolana, wywalając się na nie na którymś kolejnym zakręcie, ogólnie jednak nasz stan można było uznać za zadowalający.
I wtedy w samolocie nastąpiło dziwne poruszenie. Nie wiadomo skąd pojawili się policjanci, którzy szybko i sprawnie unieruchomili a następnie wyprowadzili lekko "ciapato" wyglądającego delikwenta, po czym obsługa zaczęła opróżniać luki bagażowe, szukając, hm, no właśnie- czego- bomby???
Pomyślałam sobie wtedy, a będąc istotą silnie ekspresyjną, prawie natychmiast wyartykułowałam na głos przypuszczenie, że może nie trzeba było jednak tak się spieszyć na ten samolot...
Jak nietrudno zgadnąć, przez blisko dwie i pół godziny podróży wierciłam się niespokojnie, czekając na wybuch lub inne nierutynowe zdarzenie... które na szczęście nie nastąpiło.
Widocznie tak właśnie miało być.
W końcu wróżka wiele lat temu przepowiedziała mi, że będę żyć długo i wesoło.
A wy, moi drodzy? Jesteście fatalistami czy może raczej wierzycie, że nasze poczynania mają moc odwracania biegu zdarzeń?
Da się oszukać przeznaczenie czy nie?



To był wcześniejszy lot, więc miny jeszcze całkiem raźne :-).