W życiu nie posądzałabym siebie o to, że spodoba mi się zmysłowy ruch w rytm tęsknie zawodzących hiszpańskich pieśni.
Przez swoje ponad 38-letnie życie nie odkryłam w sobie nawet cienia zamiłowania do tańca, już jako nastolatka zawsze wolałam wytarzać się w pogo na rockowym koncercie czy pośpiewać przy ognisku do gitary niż bujać się na dyskotekach i różnorakich potańcówkach. Z czasem mój gust w tej kwestii uległ pewnej modyfikacji (na koncertach raczej skaczę niż poguję, śpiewać nadal uwielbiam, tylko ognisk w mojej grupie wiekowej jakby mniej...), jednak od tańca wciąż trzymałam się z daleka. Od wielu lat chodzę na rozmaite odmiany fitnessu (aerobik, tbc, step, smukłe uda, pośladki i inne części ciała), jednak gdy koleżanki próbowały wyciągnąć mnie na zajęcia zumby, salsy itp., tylko pukałam się w czoło. Zawsze uważałam, że z moim temperamentem i podejściem do kobiecości znacznie lepszym wyborem byłby boks lub jakieś sztuki walki.
Tymczasem...
w klubie fitness, do którego uczęszczam od paru lat zlikwidowano aerobik, na który chodziłam w tym samym czasie, w którym w innej sali ćwiczy moja starsza córka. Był to jedyny termin, w którym zajęcia dla dorosłych i dzieci odbywały się o tej samej porze. Mieszkam w niewielkim miasteczku i kosmicznego wyboru rozrywek tu nie ma. Ubolewałam więc niezmiernie, że zamiast spalać zbędną tkankę tłuszczową, odwożę jedynie dziecko na jogę i pozostaje mi czekać na nie bezproduktywnie, ewentualnie w ramach relaksu wyskoczyć na zakupy do biedry.
Aż tu wczoraj... okazało się, że na miejsce poprzednich, zlikwidowanych zajęć, wystartowała bachata!- czyli romantyczny, uczuciowy taniec, rodem z Dominikany.
Jak się już umie go trochę tańczyć, to wygląda mniej więcej tak:
https://www.youtube.com/watch?v=fop9cUVH8RQ
No cóż mogę powiedzieć? Postanowiłam spróbować i muszę przyznać, że wczorajszy trening całkowicie mnie oczarował. Polecam- to zdecydowanie za mało.
Natychmiast sprawdźcie czy w waszych najbliższych fitness klubach są prowadzone zajęcia bachata solo i biegnijcie na nie ile sił w nogach! Poczucie szczęścia w trakcie jak i długo po tańcu- gwarantowane.
O czym tu przeczytacie? Przede wszystkim o: - książkach, które polecam lub wręcz przeciwnie, - filmach, które coś we mnie zmieniły, - "odskoczniach" sportowych (tenis, squash, basen, fitness), - planowanych i przeżytych podróżach, - muzyce, która mnie inspiruje, - sentencjach łacińskich, aforyzmach, wierszach i niuansach językowych. Mam nadzieję, że będzie ciekawie!
piątek, 10 kwietnia 2015
czwartek, 19 marca 2015
Adopcja- to nie bohaterstwo.
Właściwie do tej pory spotkałam się tylko z dwiema reakcjami na moją decyzję o adopcji:
1. opad szczęki, wyrażający bezgraniczny podziw dla chęci podjęcia tak olbrzymiego trudu.
2. strach, szok, niedowierzanie, wraz z towarzyszącym mu wymownym pukaniem się w głowę.
Ludzie prezentujący zbliżony do powyższego wachlarz zachowań- to zagorzali zwolennicy teorii o wpływie genów a nie wychowania i środowiska na rozwój człowieka, dla nich dziecko musi być "krwią z krwi i kością z kości", żadne inne opcje nie wchodzą w grę.
Reakcja pierwsza występuje znacznie częściej, na szczęście, bo wszak przyjemniej być podziwianym niż uważanym za chorego umysłowo.
Jednak, oprócz miłego połechtania mej dumy, ona również powoduje głęboki smutek, ponieważ wyraża wielkie niezrozumienie i niewiedzę społeczną na temat adopcji.
Przede wszystkim- ludziom wydaje się, że rodzice adopcyjni to dobre wróżki (wróże :)), które przygarniają opuszczoną sierotkę, ratując ją w ten sposób od życia w biedzie i poniewierce. Nie jest to prawdą, w każdym razie nie do końca. W dzisiejszych czasach, kiedy zajście i donoszenie ciąży dla co czwartej pary nie jest oczywistą oczywistością, zdrowe lub prawie zdrowe dziecko z uregulowaną sytuacją prawną, czyli mogące zostać przysposobione, to prawdziwy "rarytas". To przyszli rodzice czekają w długiej kolejce po swoje dziecko a nie odwrotnie.
Poza tym- bezgraniczny podziw otoczenia bierze się również stąd, iż uważa się powszechnie, że adopcja niesie ze sobą olbrzymie ryzyko różnego rodzaju powikłań w przyszłości.
Oczywiście, zważywszy na często dramatyczną historię dzieci porzucanych przez biologicznych rodziców, nie ma się co dziwić, że znacznie częściej niż u tych, które były otoczone opieką od momentu ich zaistnienia na świecie w formie zarodka, występuje u nich fas (alkoholowy syndrom płodowy) czy rad (zespół zaburzenia więzi) oraz wiele innych schorzeń będących wynikiem zaniedbania ze strony protoplastów. Skąd jednak pewność, że genetycznie nasze dziecko urodziłoby się wolne od wad? Gwarancji takiej nie mamy nigdy, nawet jeśli w naszej rodzinie kobiety rodziły zawsze zdrowe, rumiane bobasy po szczęśliwych, bezproblemowych ciążach.
W mojej rodzinie kobiety nie roniły, dlaczego więc mnie zdarzyło się to 3 razy?
Obawa przed komplikacjami dotyczy nie tylko aspektu zdrowotnego a chyba nawet bardziej szeroko pojętej sfery psychologicznej. Ludzie boją się konfrontacji z rodziną biologiczną, która nagle się odnajdzie i "wyskoczy jak diabeł z pudełka" z pragnieniem odebrania nam dziecka... hm, raczej rzadko spotykane biorąc pod uwagę fakt, że potomstwem swoim nie interesowała się właściwie nigdy. Znacznie bardziej prawdopodobne jest, że dziecko zapragnie samo poznać swoje korzenie i nie należy się temu dziwić. Któż z nas nie byłby ciekawy jak wyglądała jego matka, po kim odziedziczył zadarty nos i zielone oczy?
Jeśli dziecko zechce szukać swoich biologicznych rodziców, adopcyjnych czekają niewątpliwie trudne chwile. Czy ktoś słyszał jednak o normalnym zdrowo rozwijającym się dziecku, które udało się wychować bezproblemowo, unikając jakichkolwiek konfliktów i kłopotów?
Adopcja- to według mnie taki sam sposób doświadczenia rodzicielstwa jak każdy inny. Bo o tym, kto jest prawdziwą mamą i tatą nie decyduje moment poczęcia i porodu, lecz znacznie więcej. To wszystko, co wiąże się z wychowaniem małej istoty na szczęśliwego, świadomego człowieka. Te wszystkie codzienne trudne i cudowne sprawy, których nie mieli sił, odwagi lub po prostu ochoty podjąć dawcy genów, w magiczny sposób uformowanych w to -ich- i zarazem -nie ich- dziecko.
I wreszcie- znane chyba wszystkim powiedzenie: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Dla kogoś, kto wielokrotnie tracił swoje dzieci zanim zdążyły one przyjść na świat, zostanie mamą sposobem tradycyjnym jest niewspółmiernie większym aktem odwagi niż osiągnięcie tego celu przy pomocy ośrodka adopcyjnego.
Dlatego kochani moi wszyscy bliżsi oraz dalsi znajomi i nieznajomi- nie patrzcie na mnie jakbym gołymi rękami wyciągnęła bezbronne dziecko z paszczy wygłodniałego krokodyla. Nie jestem żadną bohaterką. Ja po prostu jestem zwykłą mamą dwóch cudownych córek, z których jedna przypadkiem urodziła się nie tej kobiecie, co powinna. Na szczęście, błąd dość szybko naprawiono :-).
Bohaterami za to są dla mnie ludzie, którzy decydują się na stworzenie domu dzieciom nieuleczalnie chorym, upośledzonym, świadomie biorąc na siebie trudny do udźwignięcia ciężar. Takich ludzi podziwiam niewiarygodnie, tym bardziej że sama nie czuję się zdolna do takiego poświęcenia.
A żyjemy w kraju, który takich bohaterów w absolutnie żaden sposób nie wspiera.
1. opad szczęki, wyrażający bezgraniczny podziw dla chęci podjęcia tak olbrzymiego trudu.
2. strach, szok, niedowierzanie, wraz z towarzyszącym mu wymownym pukaniem się w głowę.
Ludzie prezentujący zbliżony do powyższego wachlarz zachowań- to zagorzali zwolennicy teorii o wpływie genów a nie wychowania i środowiska na rozwój człowieka, dla nich dziecko musi być "krwią z krwi i kością z kości", żadne inne opcje nie wchodzą w grę.
Reakcja pierwsza występuje znacznie częściej, na szczęście, bo wszak przyjemniej być podziwianym niż uważanym za chorego umysłowo.
Jednak, oprócz miłego połechtania mej dumy, ona również powoduje głęboki smutek, ponieważ wyraża wielkie niezrozumienie i niewiedzę społeczną na temat adopcji.
Przede wszystkim- ludziom wydaje się, że rodzice adopcyjni to dobre wróżki (wróże :)), które przygarniają opuszczoną sierotkę, ratując ją w ten sposób od życia w biedzie i poniewierce. Nie jest to prawdą, w każdym razie nie do końca. W dzisiejszych czasach, kiedy zajście i donoszenie ciąży dla co czwartej pary nie jest oczywistą oczywistością, zdrowe lub prawie zdrowe dziecko z uregulowaną sytuacją prawną, czyli mogące zostać przysposobione, to prawdziwy "rarytas". To przyszli rodzice czekają w długiej kolejce po swoje dziecko a nie odwrotnie.
Poza tym- bezgraniczny podziw otoczenia bierze się również stąd, iż uważa się powszechnie, że adopcja niesie ze sobą olbrzymie ryzyko różnego rodzaju powikłań w przyszłości.
Oczywiście, zważywszy na często dramatyczną historię dzieci porzucanych przez biologicznych rodziców, nie ma się co dziwić, że znacznie częściej niż u tych, które były otoczone opieką od momentu ich zaistnienia na świecie w formie zarodka, występuje u nich fas (alkoholowy syndrom płodowy) czy rad (zespół zaburzenia więzi) oraz wiele innych schorzeń będących wynikiem zaniedbania ze strony protoplastów. Skąd jednak pewność, że genetycznie nasze dziecko urodziłoby się wolne od wad? Gwarancji takiej nie mamy nigdy, nawet jeśli w naszej rodzinie kobiety rodziły zawsze zdrowe, rumiane bobasy po szczęśliwych, bezproblemowych ciążach.
W mojej rodzinie kobiety nie roniły, dlaczego więc mnie zdarzyło się to 3 razy?
Obawa przed komplikacjami dotyczy nie tylko aspektu zdrowotnego a chyba nawet bardziej szeroko pojętej sfery psychologicznej. Ludzie boją się konfrontacji z rodziną biologiczną, która nagle się odnajdzie i "wyskoczy jak diabeł z pudełka" z pragnieniem odebrania nam dziecka... hm, raczej rzadko spotykane biorąc pod uwagę fakt, że potomstwem swoim nie interesowała się właściwie nigdy. Znacznie bardziej prawdopodobne jest, że dziecko zapragnie samo poznać swoje korzenie i nie należy się temu dziwić. Któż z nas nie byłby ciekawy jak wyglądała jego matka, po kim odziedziczył zadarty nos i zielone oczy?
Jeśli dziecko zechce szukać swoich biologicznych rodziców, adopcyjnych czekają niewątpliwie trudne chwile. Czy ktoś słyszał jednak o normalnym zdrowo rozwijającym się dziecku, które udało się wychować bezproblemowo, unikając jakichkolwiek konfliktów i kłopotów?
Adopcja- to według mnie taki sam sposób doświadczenia rodzicielstwa jak każdy inny. Bo o tym, kto jest prawdziwą mamą i tatą nie decyduje moment poczęcia i porodu, lecz znacznie więcej. To wszystko, co wiąże się z wychowaniem małej istoty na szczęśliwego, świadomego człowieka. Te wszystkie codzienne trudne i cudowne sprawy, których nie mieli sił, odwagi lub po prostu ochoty podjąć dawcy genów, w magiczny sposób uformowanych w to -ich- i zarazem -nie ich- dziecko.
I wreszcie- znane chyba wszystkim powiedzenie: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Dla kogoś, kto wielokrotnie tracił swoje dzieci zanim zdążyły one przyjść na świat, zostanie mamą sposobem tradycyjnym jest niewspółmiernie większym aktem odwagi niż osiągnięcie tego celu przy pomocy ośrodka adopcyjnego.
Dlatego kochani moi wszyscy bliżsi oraz dalsi znajomi i nieznajomi- nie patrzcie na mnie jakbym gołymi rękami wyciągnęła bezbronne dziecko z paszczy wygłodniałego krokodyla. Nie jestem żadną bohaterką. Ja po prostu jestem zwykłą mamą dwóch cudownych córek, z których jedna przypadkiem urodziła się nie tej kobiecie, co powinna. Na szczęście, błąd dość szybko naprawiono :-).
Bohaterami za to są dla mnie ludzie, którzy decydują się na stworzenie domu dzieciom nieuleczalnie chorym, upośledzonym, świadomie biorąc na siebie trudny do udźwignięcia ciężar. Takich ludzi podziwiam niewiarygodnie, tym bardziej że sama nie czuję się zdolna do takiego poświęcenia.
A żyjemy w kraju, który takich bohaterów w absolutnie żaden sposób nie wspiera.
czwartek, 26 lutego 2015
2300 kilometrów od domu...
...cimno, zimno i do domu daleko... nie, nie, to zupełnie nie ta bajka!
Ciepło, słonecznie, kolorowo i radośnie!- tak właśnie spędza się wakacje w Roda de Bera, na cudownym hiszpańskim wybrzeżu Costa Dorada. Oczywiście, 2 tygodnie za 100 euro, bo po co przepłacać :-)?
Camping Playa Bara wygląda jakby zlokalizowano go bezpośrednio na ruinach antycznego miasta, co z początku wydaje się nieco kiczowate, zdecydowanie jednak zyskuje przy bliższym poznaniu.
Miło bowiem brać prysznic z posągiem rzymskiej bogini w tle (zdjęcie po lewej to łazienka).
Campingu nie sposób przeoczyć, bowiem vis a vis znajduje się raczej charakterystyczny łuk triumfalny.
Wszelkie imprezy odbywają się w amfiteatrze, przypominającym miniaturowe coloseum. A tych, jak to w roztańczonej i rozśpiewanej Hiszpanii, nie brakuje! Co dzień dla najmłodszych organizowane jest mini disco, dla nieco starszych zaś wieczorne show, w którym często udział biorą wczasowicze. Jest naprawdę zabawnie.
Goście ceniący bardziej kameralne rozrywki mogą rozegrać partyjkę mini golfa na specjalnym do tego celu przygotowanym polu oraz oczywiście wyciszyć się nad brzegiem jednego z kilku basenów lub morza, przy którym camping jest bezpośrednio położony.

Plaża jest piaszczysta i bardzo szeroka. Miejscówek, jak widać, nie brakuje.
Mimo że na campingu Playa Bara żyje się jak w raju- zachęcam oczywiście do ruszenia się z niego, bo dookoła jest co zwiedzać. Niespełna 80 km dzieli to miejsce od Barcelony, stolicy Katalonii, na której wyglądzie piętno odcisnęła barwna twórczość Gaudiego. Zaledwie 24 km na południe znajduje się Tarragona, urokliwe miasteczko, słynące przede wszystkim z zabytków z okresu rzymskiego i z ich powodu wpisane w 2000 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Na spragnionych rozrywek czeka Port Aventura, na miłośników Salvadora Dali- muzeum w Figueres, miejscu narodzin genialnego malarza.
Jednym zdaniem- dla każdego coś miłego :-).
Ruiny cyrku rzymskiego w Tarragonie, w którym urządzano wyścigi rydwanów.
Pozostałości amfiteatru rzymskiego z II w. n.e.Tarragona.
Stadion Olimpijski Montjuic. Główna arena Igrzysk Olimpijskich w 1992 r.
Sklep przy stadionie Camp Nou.
Las Ramblas, najsłynniejszy deptak w Barcelonie.

"Apetyczne" owoce morza na targu St Josep, Barcelona.
Font Magica, czyli magiczne fontanny, przed Pałacem Nacional, przyciągają tłumy turystów.
Pokazy wody, tańczącej w rytm zmieniającego się światła i dźwięku, największe wrażenie robią po zmroku.
Cóż, 2300 kilometrów to całkiem spora odległość, według mnie jednak warto ją pokonać, aby przeżyć niezapomniane chwile na hiszpańskiej ziemi. Można jechać samochodem, z centralnej Polski zajmuje to jakieś 30 godzin. Miłośnikom wrażeń ekstremalnych polecam nocleg w aucie, na parkingu w pobliżu Mullheim, przy granicy niemiecko- francuskiej.
Znacznie szybszym środkiem lokomocji jest oczywiście samolot. Najtaniej chyba liniami Norwegian z Warszawy. Na lotnisku w Barcelonie można oczywiście wypożyczyć samochód.
Osobom zainteresowanym chętnie udzielę więcej praktycznych porad a tych, których to nie ciekawi, dłużej zanudzać nie zamierzam :-).
Ciepło, słonecznie, kolorowo i radośnie!- tak właśnie spędza się wakacje w Roda de Bera, na cudownym hiszpańskim wybrzeżu Costa Dorada. Oczywiście, 2 tygodnie za 100 euro, bo po co przepłacać :-)?Camping Playa Bara wygląda jakby zlokalizowano go bezpośrednio na ruinach antycznego miasta, co z początku wydaje się nieco kiczowate, zdecydowanie jednak zyskuje przy bliższym poznaniu.
Miło bowiem brać prysznic z posągiem rzymskiej bogini w tle (zdjęcie po lewej to łazienka).
Campingu nie sposób przeoczyć, bowiem vis a vis znajduje się raczej charakterystyczny łuk triumfalny.
Wszelkie imprezy odbywają się w amfiteatrze, przypominającym miniaturowe coloseum. A tych, jak to w roztańczonej i rozśpiewanej Hiszpanii, nie brakuje! Co dzień dla najmłodszych organizowane jest mini disco, dla nieco starszych zaś wieczorne show, w którym często udział biorą wczasowicze. Jest naprawdę zabawnie.
Goście ceniący bardziej kameralne rozrywki mogą rozegrać partyjkę mini golfa na specjalnym do tego celu przygotowanym polu oraz oczywiście wyciszyć się nad brzegiem jednego z kilku basenów lub morza, przy którym camping jest bezpośrednio położony.

Plaża jest piaszczysta i bardzo szeroka. Miejscówek, jak widać, nie brakuje.
Polecam też kąpiel w ogromnym jacuzzi, z którego roztacza się taki oto widok:
Mimo że na campingu Playa Bara żyje się jak w raju- zachęcam oczywiście do ruszenia się z niego, bo dookoła jest co zwiedzać. Niespełna 80 km dzieli to miejsce od Barcelony, stolicy Katalonii, na której wyglądzie piętno odcisnęła barwna twórczość Gaudiego. Zaledwie 24 km na południe znajduje się Tarragona, urokliwe miasteczko, słynące przede wszystkim z zabytków z okresu rzymskiego i z ich powodu wpisane w 2000 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Na spragnionych rozrywek czeka Port Aventura, na miłośników Salvadora Dali- muzeum w Figueres, miejscu narodzin genialnego malarza.
Jednym zdaniem- dla każdego coś miłego :-).
Ruiny cyrku rzymskiego w Tarragonie, w którym urządzano wyścigi rydwanów.
Pozostałości amfiteatru rzymskiego z II w. n.e.Tarragona.
Stadion Olimpijski Montjuic. Główna arena Igrzysk Olimpijskich w 1992 r.
Sklep przy stadionie Camp Nou.
Las Ramblas, najsłynniejszy deptak w Barcelonie.

"Apetyczne" owoce morza na targu St Josep, Barcelona.
Font Magica, czyli magiczne fontanny, przed Pałacem Nacional, przyciągają tłumy turystów.
Pokazy wody, tańczącej w rytm zmieniającego się światła i dźwięku, największe wrażenie robią po zmroku.
Cóż, 2300 kilometrów to całkiem spora odległość, według mnie jednak warto ją pokonać, aby przeżyć niezapomniane chwile na hiszpańskiej ziemi. Można jechać samochodem, z centralnej Polski zajmuje to jakieś 30 godzin. Miłośnikom wrażeń ekstremalnych polecam nocleg w aucie, na parkingu w pobliżu Mullheim, przy granicy niemiecko- francuskiej.
Znacznie szybszym środkiem lokomocji jest oczywiście samolot. Najtaniej chyba liniami Norwegian z Warszawy. Na lotnisku w Barcelonie można oczywiście wypożyczyć samochód.
Osobom zainteresowanym chętnie udzielę więcej praktycznych porad a tych, których to nie ciekawi, dłużej zanudzać nie zamierzam :-).
czwartek, 19 lutego 2015
Lazurowe Wybrzeże za 100 euro???
Nie, to nie jest żadna literówka (czy w tym wypadku raczej cyfrówka :)).
Naprawdę za 100 euro można pomieszkać 2 tygodnie na luksusowym campingu, położonym na słynnym Cote d'Azur, zaledwie 30 kilometrów od Saint Tropez czy Cannes i tylko trochę więcej od Nicei czy Monte Carlo.
I nie chodzi tu o cenę za osobę, ale za całą (w naszym przypadku wówczas 3-osobową) rodzinę.
Oczywiście, nie jest to oferta skierowana do miłośników all inclusive, jeśli jednak na myśl o noclegu w namiocie ktoś wyobraża sobie karłowatą pałatkę, do której trzeba się wczołgiwać, oświetlając trasę ślizgu latarką, to jest w dużym błędzie. Namiot liczy sobie jakieś 20m2, 2 lub 3 sypialnie, kuchnię wyposażoną we wszelkie potrzebne sprzęty, w tym oczywiście lodówkę i kuchenkę, można w nim swobodnie stanąć, nawet mając jak mój mąż, blisko 190cm wzrostu.
Z zewnątrz wygląda tak:
W środku znacznie lepiej :-).
Czas już zacząć myśleć o wakacjach, tym bardziej że za tytułową cenę wypocząć można jedynie do 23 maja, potem już robi się znacznie drożej!
Dla niezdecydowanych jeszcze kilka fotek:
Kamienista plaża w Nicei.
Nieco pochmurno, no ale w końcu to kwiecień.

Wiele miast ma swoje aleje gwiazd, jednak co Cannes, to Cannes.

Camping La Baume we Frejus. Raj dla lubiących wodne zabawy.
A na koniec urokliwe zakątki kulinarne Saint Tropez. Pewnie tutaj na lunch wpadał zapracowany żandarm.
Naprawdę za 100 euro można pomieszkać 2 tygodnie na luksusowym campingu, położonym na słynnym Cote d'Azur, zaledwie 30 kilometrów od Saint Tropez czy Cannes i tylko trochę więcej od Nicei czy Monte Carlo.
I nie chodzi tu o cenę za osobę, ale za całą (w naszym przypadku wówczas 3-osobową) rodzinę.
Oczywiście, nie jest to oferta skierowana do miłośników all inclusive, jeśli jednak na myśl o noclegu w namiocie ktoś wyobraża sobie karłowatą pałatkę, do której trzeba się wczołgiwać, oświetlając trasę ślizgu latarką, to jest w dużym błędzie. Namiot liczy sobie jakieś 20m2, 2 lub 3 sypialnie, kuchnię wyposażoną we wszelkie potrzebne sprzęty, w tym oczywiście lodówkę i kuchenkę, można w nim swobodnie stanąć, nawet mając jak mój mąż, blisko 190cm wzrostu.
Z zewnątrz wygląda tak:
W środku znacznie lepiej :-).
Czas już zacząć myśleć o wakacjach, tym bardziej że za tytułową cenę wypocząć można jedynie do 23 maja, potem już robi się znacznie drożej!
Dla niezdecydowanych jeszcze kilka fotek:Kamienista plaża w Nicei.
Nieco pochmurno, no ale w końcu to kwiecień.
Wiele miast ma swoje aleje gwiazd, jednak co Cannes, to Cannes.
Camping La Baume we Frejus. Raj dla lubiących wodne zabawy.
A na koniec urokliwe zakątki kulinarne Saint Tropez. Pewnie tutaj na lunch wpadał zapracowany żandarm.
No po prostu grzech nie skorzystać :-)
sobota, 31 stycznia 2015
Czyń dobro- mimo wszystko
...
MIMO WSZYSTKO
Ludzie są nieracjonalni, nielogiczni i egocentryczni
MIMO TO - KOCHAJ ICH
Jeśli czynisz dobro, oskarżą cię o egoizm i ukryte motywy
MIMO TO - CZYŃ DOBRO
Jeśli odnosisz sukcesy, zyskujesz fałszywych przyjaciół i prawdziwych wrogów
MIMO TO - ODNOŚ SUKCESY
MIMO TO - CZYŃ DOBRO
Jeśli odnosisz sukcesy, zyskujesz fałszywych przyjaciół i prawdziwych wrogów
MIMO TO - ODNOŚ SUKCESY
Dobro, które czynisz, natychmiast będzie zapomniane
MIMO TO - CZYŃ DOBRO
Uczciwość i szczerość czyni cię bardziej wrażliwym na ciosy
MIMO TO - BĄDŹ UCZCIWY I SZCZERY
Uczciwość i szczerość czyni cię bardziej wrażliwym na ciosy
MIMO TO - BĄDŹ UCZCIWY I SZCZERY
Co budujesz latami - może runąć w jednej chwili
MIMO TO - BUDUJ
MIMO TO - BUDUJ
Najbardziej potrzebujący pomocy pobiją cię, gdy im pomożesz
MIMO TO - POMAGAJ IM
Dając światu z siebie wszystko, co najlepsze w nagrodę dostaniesz kopniaka
MIMO TO - DAWAJ IM Z SIEBIE WSZYSTKO, CO NAJLEPSZE
MIMO TO - DAWAJ IM Z SIEBIE WSZYSTKO, CO NAJLEPSZE
MIMO WSZYSTKO
— "Mimo wszystko", napis na ścianie domu dziecka Shishu Bhavan w Kalkucie założonego przez Matkę Teresę w 1954 r.
wtorek, 27 stycznia 2015
Na kłopoty squash!
Zajrzałam właśnie do swojego pierwszego posta (nawiasem mówiąc- czy to w ogóle jest po polsku?), może lepiej- przeczytałam właśnie swój pierwszy post :-)) i zmartwiło mnie nieco, że mimo początkowych zamiarów, nic do tej pory nie napisałam o moich sportowych odskoczniach, dzięki którym, w co głęboko wierzę, mój urlop macierzyński przebiega dotychczas z dala od gabinetów psychiatrycznych. Nie od dziś wszak wiadomo, że ruch przyczynia się do zwalczania stanów depresyjnych, o które w codziennym stłamszeniu prozą życia nietrudno.
Tak więc postem dzisiejszym chciałabym po prostu zachęcić do uprawiania sportu!!!
Ja gram w squasha, chodzę na aerobik i kilka razy w tygodniu na basen (w tym raz z młodszą córką, co bardziej przypomina siłownię niż pływanie, ponieważ zajęcia polegają głównie na przemieszczaniu bobasa w wodzie dzięki sile mięśni rodzica).
Dziś właśnie czeka mnie wieczorny mecz w squasha. Już nie mogę się doczekać tego zalewu zbawiennych dla organizmu endorfin :-).
Jeśli nigdy nie graliście w tę grę- to naprawdę namawiam. Spróbujcie a nie pożałujecie! Poniżej link do kilku prostych zasad.
http://www.squash3miasto.pl/Zasady-gry/zasady-gry-squash.html
Niektórzy pamiętają pewnie hasło: "Na kłopoty- Bednarski!". Według mnie, squash jest lepszy.
Tak więc postem dzisiejszym chciałabym po prostu zachęcić do uprawiania sportu!!!
Ja gram w squasha, chodzę na aerobik i kilka razy w tygodniu na basen (w tym raz z młodszą córką, co bardziej przypomina siłownię niż pływanie, ponieważ zajęcia polegają głównie na przemieszczaniu bobasa w wodzie dzięki sile mięśni rodzica).
Dziś właśnie czeka mnie wieczorny mecz w squasha. Już nie mogę się doczekać tego zalewu zbawiennych dla organizmu endorfin :-).
Jeśli nigdy nie graliście w tę grę- to naprawdę namawiam. Spróbujcie a nie pożałujecie! Poniżej link do kilku prostych zasad.
http://www.squash3miasto.pl/Zasady-gry/zasady-gry-squash.html
Niektórzy pamiętają pewnie hasło: "Na kłopoty- Bednarski!". Według mnie, squash jest lepszy.
czwartek, 8 stycznia 2015
Strusie jajo
Rzadko chodzę do kina na polskie filmy, ponieważ w przeważającej mierze są to komedie w stylu "Pokaż kotku, co masz w środku" a za bardzo szanuję swój mocno limitowany wolny czas oraz pieniądze płacone niani za opiekę nad dziećmi w chwilach gdy ja oddaję się urokom X Muzy, aby jedno lub drugie marnować.
Dla "Bogów" Łukasza Palkowskiego postanowiłam jednak zaryzykować, głównie dlatego, że "Skazany na bluesa" z Tomaszem Kotem w roli Ryśka Riedla to według mnie jeden z najlepszych polskich filmów ever. Wydedukowałam sobie, że skoro Kot już raz sprawdził się w obrazie biograficznym, to i ponownie mnie nie zawiedzie.
Jestem miłośniczką sztuki emocjonalnej. Dzieło musi mnie poruszyć, sprawić, że po jego przeczytaniu/wysłuchaniu/obejrzeniu etc. nie będę w stanie przez długi czas myśleć o niczym innym, że będę powracać do najwartościowszych, moim zdaniem, jego fragmentów, wiele razy, sama i z kimkolwiek, kto zechce słuchać, że zapragnę dowiedzieć się jeszcze więcej o tym, czego poprzez daną sztukę doświadczyłam.
Po obejrzeniu "Bogów" żałuję, że nie jestem kardiochirurgiem. Wybitnym, jak profesor Religa, rzecz jasna.
Film nie tylko wwiercił się w moją świadomość ponad 2 miesiące temu i nie chce z niej zniknąć, nakłonił mnie do przeczytania wielu wywiadów i informacji o jego bohaterze, m.in. książki Jana Osieckiego "Religa. Człowiek z sercem w dłoni". W jakiś magiczny sposób wpłynął nawet na Świętego Mikołaja, który to podrzucił mi pod choinkę płytę z muzyką Bartosza Chajdeckiego, do filmu "Bogowie" oczywiście. Film, płytę, książkę- w kolejności dowolnej polecam!!!
Pablo Picasso powiedział kiedyś: "Nie sztuka znieść jajko, sztuka je wygdakać". Idąc do kina na mocno reklamowany film "Bogowie" byłam pełna obaw, że przyjdzie mi zmierzyć się z jakimś przepiórczym niedorostkiem. Pozostaje mi tymczasem piać z zachwytu, co niniejszym czynię. Jajko okazało się godne strusia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














