Google+ Followers

czwartek, 19 marca 2015

Adopcja- to nie bohaterstwo.

Właściwie do tej pory spotkałam się tylko z dwiema reakcjami na moją decyzję o adopcji:

1. opad szczęki, wyrażający bezgraniczny podziw dla chęci podjęcia tak olbrzymiego trudu.
2. strach, szok, niedowierzanie, wraz z towarzyszącym mu wymownym pukaniem się w głowę.
Ludzie prezentujący zbliżony do powyższego wachlarz zachowań- to zagorzali zwolennicy teorii o wpływie genów a nie wychowania i środowiska na rozwój człowieka, dla nich dziecko musi być "krwią z krwi i kością z kości", żadne inne opcje nie wchodzą w grę.

Reakcja pierwsza występuje znacznie częściej, na szczęście, bo wszak przyjemniej być podziwianym niż uważanym za chorego umysłowo.
Jednak, oprócz miłego połechtania mej dumy, ona również powoduje głęboki smutek, ponieważ wyraża wielkie niezrozumienie i niewiedzę społeczną na temat adopcji.

Przede wszystkim- ludziom wydaje się, że rodzice adopcyjni to dobre wróżki (wróże :)), które przygarniają opuszczoną sierotkę, ratując ją w ten sposób od życia w biedzie i poniewierce. Nie jest to prawdą, w każdym razie nie do końca. W dzisiejszych czasach, kiedy zajście i donoszenie ciąży dla co czwartej pary nie jest oczywistą oczywistością, zdrowe lub prawie zdrowe dziecko z uregulowaną sytuacją prawną, czyli mogące zostać przysposobione, to prawdziwy "rarytas". To przyszli rodzice czekają w długiej kolejce po swoje dziecko a nie odwrotnie.

Poza tym- bezgraniczny podziw otoczenia bierze się również stąd, iż uważa się powszechnie, że adopcja niesie ze sobą olbrzymie ryzyko różnego rodzaju powikłań w przyszłości.
Oczywiście, zważywszy na często dramatyczną historię dzieci porzucanych przez biologicznych rodziców, nie ma się co dziwić, że znacznie częściej niż u tych, które były otoczone opieką od momentu ich zaistnienia na świecie w formie zarodka, występuje u nich fas (alkoholowy syndrom płodowy) czy rad (zespół zaburzenia więzi) oraz wiele innych schorzeń będących wynikiem zaniedbania ze strony protoplastów. Skąd jednak pewność, że genetycznie nasze dziecko urodziłoby się wolne od wad? Gwarancji takiej nie mamy nigdy, nawet jeśli w naszej rodzinie kobiety rodziły zawsze zdrowe, rumiane bobasy po szczęśliwych, bezproblemowych ciążach.
W mojej rodzinie kobiety nie roniły, dlaczego więc mnie zdarzyło się to 3 razy?

Obawa przed komplikacjami dotyczy nie tylko aspektu zdrowotnego a chyba nawet bardziej szeroko pojętej sfery psychologicznej. Ludzie boją się konfrontacji z rodziną biologiczną, która nagle się odnajdzie i "wyskoczy jak diabeł z pudełka" z pragnieniem odebrania nam dziecka... hm, raczej rzadko spotykane biorąc pod uwagę fakt, że potomstwem swoim nie interesowała się właściwie nigdy. Znacznie bardziej prawdopodobne jest, że dziecko zapragnie samo poznać swoje korzenie i nie należy się temu dziwić. Któż z nas nie byłby ciekawy jak wyglądała jego matka, po kim odziedziczył zadarty nos i zielone oczy?
Jeśli dziecko zechce szukać swoich biologicznych rodziców, adopcyjnych czekają niewątpliwie trudne chwile. Czy ktoś słyszał jednak o normalnym zdrowo rozwijającym się dziecku, które udało się wychować bezproblemowo, unikając jakichkolwiek konfliktów i kłopotów?

Adopcja- to według mnie taki sam sposób doświadczenia rodzicielstwa jak każdy inny. Bo o tym, kto jest prawdziwą mamą i tatą nie decyduje moment poczęcia i porodu, lecz znacznie więcej. To wszystko, co wiąże się z wychowaniem małej istoty na szczęśliwego, świadomego człowieka. Te wszystkie codzienne trudne i cudowne sprawy, których nie mieli sił, odwagi lub po prostu ochoty podjąć dawcy genów, w magiczny sposób uformowanych w to -ich- i zarazem -nie ich- dziecko.

I wreszcie- znane chyba wszystkim powiedzenie: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Dla kogoś, kto wielokrotnie tracił swoje dzieci zanim zdążyły one przyjść na świat, zostanie mamą sposobem tradycyjnym jest niewspółmiernie większym aktem odwagi niż osiągnięcie tego celu przy pomocy ośrodka adopcyjnego.

Dlatego kochani moi wszyscy bliżsi oraz dalsi znajomi i nieznajomi- nie patrzcie na mnie jakbym gołymi rękami wyciągnęła bezbronne dziecko z paszczy wygłodniałego krokodyla. Nie jestem żadną bohaterką. Ja po prostu jestem zwykłą mamą dwóch cudownych córek, z których jedna przypadkiem urodziła się nie tej kobiecie, co powinna. Na szczęście, błąd dość szybko naprawiono :-).

Bohaterami za to są dla mnie ludzie, którzy decydują się na stworzenie domu dzieciom nieuleczalnie chorym, upośledzonym, świadomie biorąc na siebie trudny do udźwignięcia ciężar. Takich ludzi podziwiam niewiarygodnie, tym bardziej że sama nie czuję się zdolna do takiego poświęcenia.
A żyjemy w kraju, który takich bohaterów w absolutnie żaden sposób nie wspiera.